Stulecie dronów

Niewielkie bezzałogowe pojazdy powietrzne stają się coraz bardziej powszechnym zjawiskiem na współczesnym teatrze wojny. Są wszędobylskie, wytrwałe, skuteczne i groźne. Mimo, że nie są w pełni autonomiczne, to wciąż wydają nam się bardziej rodem z science fiction niż z naszego porządku. Tymczasem historia dronów jest tak stara jak historia lotnictwa i sięga samych początków XX stulecia.

Pierwsze aeroplany były wątłymi, pokracznymi i niesfornymi konstrukcjami. Jeśli w kimś wzbudzały lęk, to przede wszystkim w samych zasiadających za ich sterami pilotach. Wiedza o aerodynamice była w powijakach, zaś innowacje i rozwiązania techniczne wprowadzano metodą prób i błędów. Błędy z kolei nierzadko kosztowały życie pionierów lotnictwa. Otto Lilienthal („król szybowników”) miał jakoby rzec tuż przed swoją tragiczną śmiercią w 1896 roku: „drobne ofiary są konieczne”. Zdanie to przybrało szczególnie gorzki wyraz z chwilą wybuchu I wojny światowej. Lotnicy zasiadający za sterami samolotów musieli nie tylko walczyć z techniczną niedoskonałością swoich maszyn, ale także z ostrzałem karabinów maszynowych, przed którymi ich płócienno-drewniane konstrukcje były właściwie bezbronne.

"The Bug" Kettering (źródło)
„The Bug” Kettering (źródło)

W umysłach inżynierów zrodził się więc pomysł i pytanie: czy pilot jest niezbędny, by sterować samolotem? Nad ideą dronów pracowały niezależnie od siebie i w całkowitym sekrecie zespoły w USA, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Płodny wynalazca z Dayton w Ohio, Charles Kettering, opracował urządzenie o nazwie the Bug („Robak”). Technicznie rzecz biorąc była to latająca bomba z dołączonymi tekturowymi skrzydłami i silnikiem, a nie bezzałogowy, zdalnie sterowany samolot. Bug wyposażony był w prymitywny system autopilotażu zapewniający lot na stałym pułapie i po linii prostej. Dystans, jaki miał pokonać, programowany był przy pomocy urządzenia, które po określonej liczbie obrotów silnika, wyłączało motor i powodowało, że od kadłuba wypełnionego materiałem wybuchowym odpadały skrzydła. Testy gotowych prototypów okazały się na tyle obiecujące, że rozpoczęto produkcję, niemniej w międzyczasie skończyła się wojna i drony Ketteringa nigdy nie trafiły na front. I prawdopodobnie dobrze się stało, gdyż Bugi miały dość nieszczęśliwy zwyczaj zbaczania z kursu i rozbijania się gdzieś po drodze, co mogło się skończyć zgładzeniem własnych oddziałów.

Wynalazca, który chciał obalić wojnę

Rozwiązaniem tego problemu miała być możliwość zdalnego sterowania dronem przy pomocy radia. W 1898 roku, na sześć lat zanim wzbił się w powietrze pierwszy samolot, a bracia Wright zajmowali się jeszcze budowaniem rowerów, genialny wynalazca serbskiego pochodzenia, Nikola Tesla, zgromadził w nowojorskim Madison Square Garden tłum gapiów przy specjalnie skonstruowanym basenie. Zaprezentował w nim coś, co całkowicie zadziwiło jednych, przeraziło drugich, a u trzecich wzbudziło podejrzenie o szarlatanerię. W basenie pływała niewielka żelazna łódź. Tesla sterował nią za pośrednictwem fal radiowych. Widzom zdawało się, że porusza się sama albo, że jakaś tajemnicza siła, eteryczna więź, łączy ekscentrycznego Serba z maszyną. Żądano zdjęcia pokrywy, by dowieść, czy w środku nie siedzi karzeł poruszający lewarami silnika i kręcący sterem. Prezentacja miała miejsce niespełna trzy lata po wynalezieniu promieniowania rentgenowskiego i rok po prezentacji techniki radiowej przez Marconiego. Wszelkie działanie na odległość wciąż wydawało się ludziom w najwyższym stopniu tajemnicze i trudno im było odróżnić naukowe pokazy od teatralnej szarlatanerii. Sam Tesla był zresztą zafascynowany przesyłaniem energii na odległość. Prowadził badania nad techniką radiową i nad promieniowaniem X. Wierzył, że uda mu się kiedyś opracować metodę transmisji energii elektrycznej na cały świat przy pomocy anteny nadawczej.

Plan techniczny zdalnie sterowanej łodzi Tesli (źródło)
Plan techniczny zdalnie sterowanej łodzi Tesli (źródło)

Gdy zdalnie sterowana łódź została zaprezentowana publiczności (Tesla nazywał ją teleautomatonem), „wzbudziła taką sensację, jakiej nie wywołał żaden inny mój wynalazek” – wspominał wynalazca. Tesla umiejętnie też podsycał atmosferę fascynacji i zadziwienia w Madison Square Garden zachęcając publiczność do zadawania pytań jego łodzi. Ktoś ponoć krzyknął „jaki jest pierwiastek kwadratowy z 64?”. Wówczas światełka na teleautomatonie zamrugały czterokrotnie (Tesla ukrył na swoim pulpicie dźwignie, którymi włączał i wyłączał żarówki na łodzi).

Waldemar Kaempffert, wówczas student, a później redaktor działu naukowego w New York Timesie uznał, że wynalazek posiada potencjał bojowy: „można sobie wyobrazić jeszcze większe łodzie wyładowane dynamitem, który byłby detonowany w dowolnym momencie za naciśnięciem guzika”. Tesla ponoć wykrzyknął z oburzeniem: „to nie jest zdalnie sterowana torpeda!” i dodał z błyskiem w oku: „to, co tutaj widzisz, to pierwszy przedstawiciel gatunku automatów, mechanicznych ludzi, którzy będą wykonywać za ludzkość ich trudną pracę”. Tesla rzekł kiedyś, że chciałby przejść do historii jako wynalazca, który obalił wojnę, aczkolwiek prawdą jest też, że technikę sterowania przez radio starał się niedługo po pokazie sprzedać rządowi i podkreślał wówczas jego militarne możliwości, ale został przez urzędników wyśmiany.

Misja Afrodyta

O teleautomatonie i zdalnym sterowaniu drogą radiową przypomniano sobie w dobie I wojny światowej. Inżynierowie i wynalazcy pracowali wówczas nad zdalnie sterowanymi łodziami, torpedami, czołgami i oczywiście dronami. Anglikom, pod wodzą wybitnego wynalazcy Archibalda Lowa udało się w 1918 roku doprowadzić do startu pierwszego takiego samolotu, ale technika długo jeszcze miała stawiać opory. W 1944 roku wdrożono ambitny projekt Afrodyta, w ramach którego bombowce B-17 (Latająca Forteca) i B24 (Liberator) przerabiane były na zdalnie sterowane latające bomby, które miały zniszczyć między innymi zakłady produkujące rakiety V2, olbrzymie działo V3, czy stocznie U-bootów. Bombowce wypełniano po dach materiałami wybuchowymi i kierowano przy pomocy radia do celu, po czym pozwalano im się rozbić i eksplodować. Tak przynajmniej głosiła teoria. W praktyce sprawa wyglądała nieco gorzej. Na 26 misji przeprowadzonych w ramach misji Afrodyta, tylko jeden dron trafił na tyle blisko celu, że spowodował zniszczenia. Wszystkie pozostałe rozbiły się po drodze. Zawodziło niemal wszystko – od systemu zdalnego pilotażu, poprzez transmisję obrazu z zamontowanych w dronach kamer, aż po kłopoty z detonacją materiałów wybuchowych. Nieliczne samoloty, które trafiły nad cel były zestrzeliwane przez artylerię bądź chybiły z powodu zbyt słabej widoczności i nikłej jakości obrazu z pokładowych kamer. Ostatecznie Afrodyta okazała się o wiele bardziej niebezpieczna dla obsługi niż dla wroga. Dotyczyło to zwłaszcza pilota i mechanika pokładowego, którzy sterowali dronem podczas startu (dopiero po osiągnięciu pułapu 600 metrów przełączali na tryb zdalny i wyskakiwali na spadochronach). Jedną z ofiar misji Afrodyta stał się Joseph Kennedy Jr., starszy brat Johna F. Kennedy’ego, późniejszego prezydenta USA.

Jeden z B-17 biorących udział w misji Afrodyta (źródło)
Jeden z B-17 biorących udział w misji Afrodyta (źródło)

Rozwój dronów przybrał na sile pod koniec lat 50 XX, gdy zimna wojna weszła w swoją najgorętszą fazę. W 1960 roku Rosjanie zestrzelili nad Degtiarskiem amerykański samolot szpiegowski U2. Pilot Francis Garry Powers uratował się, ale wbrew zaleceniom CIA, nie włączył systemu samozniszczenia samolotu, ani nie zażył ampułki z trucizną, którą miał ukrytą w fałszywej monecie jednodolarowej. Kilka dni po tym incydencie, Amerykanie wdrożyli ściśle tajny program bezzałogowych samolotów szpiegowskich pod kryptonimem „Red Wagon” („Czerwony wózek”). Na masową skalę zaczęto te samoloty wykorzystywać podczas wojny wietnamskiej.

Dzisiaj drony wzbudzają wątpliwości głównie ze względu na arbitralność ich stosowania, w szczególności gdy maszyny są uzbrojone i mogą zabijać ludzi. Operatorzy dronów siedzący przed ekranem monitora, z joystickiem w ręku, nieodparcie kojarzą się z graczami komputerowymi strzelającymi z wirtualnej broni do wirtualnych nazistów zombie, czy innych potworów. Proces wymierzania kary śmierci został zapośredniczony przez technikę i interfejs. Operator drona naciska cyngiel siedząc kilka tysięcy kilometrów od ofiary. Nie ma szans spojrzeć jej w oczy. Wydaje się jednak, że nie mamy tutaj do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem, lecz z konsekwencjami pewnego procesu, który zapoczątkowany został w późnym średniowieczu. Podczas wojny stuletniej (1337 – 1453), w bitwach pod Crécy, Poitiers i Azincourt wojska angielskie zaczęły wykorzystywać łuczników, co dla francuskiego rycerstwa stanowiło złamanie wszelkich norm etycznych, gdyż łucznik strzelał do ofiary ze znacznej odległości. Nie stawał do walki oko w oko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s