Władcy czasu

Podróże w czasie od stuleci przyciągają uwagę ludzi, jednak obłędną karierę zrobiły dopiero w XX wieku. Stało się to dzięki rozwojowi współczesnej fizyki, która w ekstremalnych warunkach dopuszcza możliwość takich wojaży, ale przede wszystkim dzięki stworzeniu najprawdziwszej maszyny do przemieszczania się w czwartym wymiarze: kinu.

Podróżowanie w czasie nie jednak jest sprawą prostą. Przekonał się o tym między innymi Ijon Tichy, bohater “Dzienników gwiazdowych” Stanisława Lema. Tichy wpadł w pobliżu Betelgeuzy w pętlę czasową, na skutek czego jego rakieta poczeła się z dnia na dzień wypełniać ludźmi, którzy byli w istocie tą samą osobą (czyli Tichym) z różnych dni, tygodni, miesięcy, a jeden był nawet z następnego roku. Osobliwe położenie, w którym znalazł się gwiezdny pilot było rezultatem wlecenia przezeń w obszar groźnych i tajemniczych wirów grawitacyjnych, “w liczbie stu czterdziestu siedmiu, których istnienie wyjaśnia sześć astrofizycznych teorii, a każda inaczej”.

Źródło: scorpiondagger
Źródło: scorpiondagger

Podróż w czasie może mieć charakter niezamierzony (jak w przypadku Ijona Tichego) bądź dobrowolny. W tym drugim wypadku, konieczne staje się użycie wehikułu czasu. Jak choćby tego z “Powrotu do przyszłości”.

Choć Delorean DMC12 nie należał do udanych samochodów (był niedorzecznie drogi, awaryjny i na dodatek wyposażony w toporny francuski silnik), to nie sposób odmówić mu niepowtarzalnego stylu. “Jeśli się chce przerobić samochód na maszynę czasu, to czemu nie zrobić tego z klasą?” – pytał retorycznie Dr Emmett Brown w “Powrocie do przyszłości”. Bo faktycznie Delorean wyglądał kosmicznie nawet w 1985 roku – 2 lata po zakończeniu jego produkcji i upadku firmy. Co ciekawe, w pierwotnej wersji scenariusza, podróż w czasie miała się odbywać we wnętrzu lodówki, którą należało uprzednio ustawić w pobliżu strefy testów jądrowych. Reżyser Robert Zemeckis zrezygnował jednak z tego pomysłu z obawy, że dzieciaki będą się masowo zamykały w lodówkach w nadziei na jakieś przygody w innej epoce. Owa ze wszech miar rozsądna decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: srebrny samochód z “Podróży do przyszłości” stał się najsłynniejszą maszyną czasu w historii kina, a sam Delorean zyskał miano auta kultowego (od 2007 roku znów jest produkowany, a pewna firma oferuje nawet zestaw tuningowy, który upodobni go do wersji filmowej).

źródło
źródło

Dobrze naoliwiony kwarcowy czop

Marzenie o podróżowaniu w czasie towarzyszy ludzkości od tysiącleci. Można je odnaleźć w „Mahabharacie”, w „Talmudzie”, w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”, czy japońskiej opowieści o Urashimie Taro z VIII wieku. Wehikuł czasu jest jednak dzieckiem rewolucji przemysłowej XIX stulecia. Po raz pierwszy pojawia się w dość kuriozalnym dziele hiszpańskiego pisarza i dyplomaty Enrique Gaspara y Rimbau zatytułowanym “El Anacronópete” z 1881 roku. Anacronópete, to olbrzymie żeliwne pudełko napędzane elektrycznością, które mogło wysyłać w przeszłość całe zastępy hiszpańskich huzarów, pewnego naukowca z Saragossy, kastylijskiego szlachcica wraz ze służbą oraz nieokreśloną liczbę starych Francuzek swobodnych obyczajów, które burmistrz Paryża pragnął odmłodzić i poddać “regeneracji”. Anacronópete ostatecznie uległ katastrofie gdy jego pasażerowie dotarli do momentu stworzenia świata. Choć Gaspar y Rimbau wyposażył swoją maszynę w szereg fantastycznych wynalazków, to sama powieść hiszpańskiego autora bliższa była Don Kichotowi, niż współczesnemu science fiction. Dlatego za przełomowe dzieło gatunku uznaje się późniejszy o 14 lat “Wehikuł czasu” H.G. Wellsa. Opisana przez niego maszyna jawi się z dzisiejszej perspektywy dość niepozornie, by nie powiedzieć prymitywnie (aczkolwiek do jej wykonania użyto drogich i błyszczących materiałów), ale posiadała jedną wielką zaletę: była prosta w użyciu. Wystarczyło nacisnąć dźwignię prędkości, by pognać w przyszłość bądź przeszłość. Aby się zatrzymać, wystarczyło nacisnąć hamulec. A całość funkcjonowała tak sprawnie dzięki dobrze naoliwionemu kwarcowemu czopowi.

W 1905 roku, czyli 10 lat po publikacji powieści Wellsa, do dyskusji na temat przemieszczania się w czasie włączyła się poważna nauka za sprawą teorii względności Einsteina i postulowanego przez nią zjawiska dylatacji czasu, czyli względnego spowolnienia upływu czasu w obiektach poruszających się z prędkością bliską światła. Zjawisko to zostało potwierdzone doświadczalnie i musi być uwzględniane w technologiach kosmicznych (jak choćby w systemie GPS). Dylatacji czasu (w niewielkim wymiarze) ulegają także kosmonauci pozostający przez dłuższy czas w szybko pędzących rakietach i statkach kosmicznych. Rekordzistą jest Rosjanin, Siergiej Awdiejew, który po 747 dniach spędzonych na pokładzie stacji MIR zestarzał się o 20 milisekund mniej, niż gdyby nigdy nie opuścił Ziemi.

Jak zapobiec własnej prokreacji

W amerykańskim filmie “Świat bez końca” z 1956 roku czwórka astronautów nadmiernie rozpędza swoją rakietę, w wyniku czego lądują na Ziemi w 2508 roku (mimo, że z ich perspektywy minęło ledwie kilka dni). Szybko orientują się, że nie trafili najszczęśliwiej. Zdegenerowane resztki ludzkości – niedobitki atomowej zagłady – cofnęły się do epoki kamienia łupanego. Jedynie garstka inteligentnych i wyrafinowanych przedstawicieli naszego gatunku ukrywa się pod ziemią, ale są słabi i chorowici (choć osobliwie nie dotyczy to kobiet, które nie tylko zdają się fizycznie bez zarzutu, ale do tego przejawiają wyraźną skłonność do romansowania z przybyszami z przeszłości).

Stopklatka z filmu "La Jetée"
Stopklatka z filmu „La Jetée”

Motyw przyszłej samozagłady ludzkości będzie pojawiał się w rozlicznych filmach o podróżach w czasie, jak choćby w późniejszej o 4 lata ekranizacji “Wehikułu czasu”, czy w eksperymentalnym “La Jetée” Chrisa Markera z 1962 roku, w “Podróżnikach w czasie” z 1964, w serii “Planeta małp” (1968 – 1973) i wielu innych. W “Podboju Planety małp” pojawia się nadto uwielbiany przez miłośników gatunku wątek: paradoks przyczynowości. Oto bohater filmu, małpa Ceasar wznieca powstanie na Ziemi w roku 1991, mimo iż ten sam Ceasar jest przybyszem z przyszłości – potomkiem małp, które zmutowały na skutek tegoż powstania. Analogiczną łamigłówkę stworzył Terry Gilliam w “12 małpach” z 1995 roku. James Cole grany przez Bruce’a Willisa zostaje wysłany z postapokaliptycznej przyszłości do roku 1997, by dowiedzieć się, jak doszło do gigantycznej zarazy, która uśmierciła 5 miliardów ludzi. Jednak, na skutek pomyłki trafia do roku 1990, gdzie poznaje niezrównoważonego syna słynnego biologa badającego najbardziej zjadliwe wirusy. Opowiada mu o zagładzie, która ma nadejść za kilka lat, stając się bezwiednie jej pomysłodawcą. Szalony Jeffrey Goines postanawia bowiem wcielić przedstawiony przez Cole’a scenariusz w życie.

“Powrót do przyszłości” ukazuje jeszcze inną możliwą konsekwencję podryży w czasie: Marty McFly przeniósłszy się do do roku 1955 omyłkowo rozkochuje w sobie swoją matkę.  Aby uniknąć paradoksalnej sytuacji, będzie musiał zrobić wszystko, by jednak pokochała jego ojca. Do podobnej sytuacji dochodzi w komedii “Hot Tub Time Machine”: jeden z bohaterów filmu nagle znika, gdy postanawia bronić cnoty swojej matki. Okazuje się, że w ten sposób zapobiegł aktowi własnej prokreacji.

Ksiądz fotografuje Jezusa na krzyżu

Trylogii “Powrót do przyszłości” zawdzięczamy także motyw tworzenia alternatywnych rzeczywistości, które są rezultatem niewiekich zmian w przeszłości. Na tym motywie oparty jest też film “Efekt motyla” z 2004 roku: gdy bohater filmu Evan Treborn orientuje się, że może wracać do własnej przeszłości i świadomie zmieniać drobne jej fragmenty, robi to tak długo, aż uzna, że udało mu się naprawić wszystkie błędy swojej młodości.

Opowieść o wehikułach czasu byłaby niekompletna, gdyby nie wspomnieć przynajmniej o jednej maszynie, która jakoby faktycznie powstała. Bodaj najbardziej niezwykłą relację o stworzeniu takiego urządzenia zawdzięczamy zmarłemu w 1994 roku ojcu Pellegrino Ernettiemu, słynnemu badaczowi chorału gregoriańskiego i weneckiemu egzorcyście, autorowi klasycznej pozycji o upodobaniach i awersjach diabła. W latach 60 Ernetti głosił, że powołał do istnienia grupę badaczy, wśród których znaleźli się między innymi noblista Enrico Fermi i Wernher von Braun, twórca pocisku V2 i amerykańskiego programu Apollo. Dzięki stworzonemu przez naukowców Chronowizorowi, podobno udało się Ernettiemu sfotografować śmierć Chrystusa na krzyżu. Podobno, ponieważ nikt nigdy nie widział tego zdjęcia, ani samego urządzenia, które w niejasnych okolicznościach zostało zdemontowane w latach 90.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s