Porządni faceci, którzy kroją koty

W 2011 roku Amerykanie zastrzelili Osamę bin Ladena. Widowiskowa akcja komandosów (oraz psa) zakończyła jedno z najdłuższych i najbardziej skomplikowanych polowań na pojedynczego człowieka, jakie kiedykolwiek podjęły służby wywiadowcze. 

Najnowocześniejszy sprzęt, satelity, bezzałogowe samoloty, ukryte kamery, mikrofony i inne gadżety są niewątpliwie fajne i pomocne, pod warunkiem, że wiadomo, kogo mają śledzić, podsłuchiwać i podglądać. Tymczasem podczas poszukiwania Osamy bin Ladena CIA przez długi czas nie wiedziała od czego zacząć. Przełom w sprawie przyniosło nie żadne elektroniczne cacko za miliony dolarów, ale stara, sprawdzona metoda „podkręconego” przesłuchania, dzięki któremu ustalono nazwisko kuriera bin Ladena. Reszta była już prosta (o ile prostym można nazwać coś, co zajęło największej organizacji na świecie aż cztery lata).

Spy-cat-1-1

Historia szpiegostwa jest niemal tak stara jak historia ludzkości, a wielkie państwa bez szpiegów nigdy nie potrafiły się obejść, przy czym z równym upodobaniem śledzono wroga, co nadzorowano własną ludność. Szpiegowanie obywateli Rzymu w czasach cesarskich było niemal tak powszechne, jak w NRD za sprawą Stasi. W dawniejszych czasach, służby wywiadowcze polegały głównie na zaufanych ludziach, którzy osobiście podsłuchiwali i podpatrywali wroga. Rozwój nowoczesnych technologii w oczywisty sposób poszerzył te możliwości. Jednak historia szpiegostwa nie jest wolna od ewidentnych wpadek i opowieści o zwykłym szaleństwie.

Akustyczny kotek

W latach 60 ubiegłego stulecia CIA wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł: jako szpiega wykorzystać kota. Kot bowiem wydaje się stworzony do tej roboty – dyskretny, sprawny, szybki, obdarzony świetnym wzrokiem i słuchem. Wystarczy wysłać go w odpowiednie miejsce, a resztę zrobi sam. Pytanie tylko, jak przekaże zdobyte informacje ludziom. Projekt Acoustic Kitty (“Akustyczny kotek”) miał ten problem rozwiązać. W uszy zostały mu wszczepione mikrofony, w korpus nadajnik, a w ogon antena. Szybko okazało się jednak, że koty nie są zdyscyplinowane i gdy poczują głód, schodzą z terenu operacyjnego. Inżynierowie CIA rozwiązali ten problem wszczepiając kotu układ, który niwelował łaknienie. Po kilku latach pracy, tresury, prób, wzięto w końcu gotowego akustycznego kotka na test w warunkach polowych. Zwierzak dostał zadanie podsłuchania rozmowy pomiędzy dwoma mężczyznami w parku. Test okazał się porażką – zanim kot zdążył dobiec do parku, rozjechała go takstówka. Badacze z CIA orzekli więc, że korzystanie z tej techniki może się okazać mało praktyczne ze względu na “czynniki środowiskowe i kwestie bezpieczeństwa”.

Jakkolwiek projekt “Akustyczny kotek” był bez wątpienia szalony, to nie sposób odmówić mu pewnej logiki. Nie sposób tego jednak powiedzieć o kolejnym kuriozalnym pomyśle, w który zaangażował się rząd federalny USA w połowie lat 70. Projekt Stargate zakładał w największym skrócie, że zamiast budować satelity, samoloty, instalować podsłuchy, wystarczy… zaangażować jasnowidza. A właściwie cały sztab jasnowidzów, którzy terytorium wroga mieliby oglądać jedynie siłami swoich myśli. Pomysł sam w sobie nie był nowy. Metody parapsychiczne w służbie państwa proponowane już były przez intelektualistów w połowie XIX wieku (w tym przez tak wybitne postaci, jak chemik i fizyk Michael Faraday, czy biolog i antropolog Alfred Russel Wallace), jednak długo nie były na poważnie brane pod uwagę przez władze. Dopiero pod wpływem ruchu New Age pod koniec lat 60, CIA odważyła się zacząć badać strategiczne możliwości wykorzystania “widzenia na odległość”, jak tę technikę oficjalnie nazywano. Projekt Stargate został zamknięty dopiero w 1995 roku z dość niejednoznacznym bilansem: oceniono, że aby dowieść skuteczności parapsychicznych metod pozyskiwania informacji wywiadowczych, należałoby przeprowadzić dodatkowe badania (co brzmi dość ironicznie, jak na podsumowanie projektu, który pochłonął 20 lat pracy i tyleż milionów dolarów). Najbardziej zasłużonym z amerykańskich jasnowidzów okazał się niejaki Joseph McMoneagle, który do 1984 roku zdobył “150 elementów informacji niedostępnych żadnymi innymi kanałami”, a za swoją wytężoną pracę dostał medal zasługi. Choć amerykańska armia nie przyznaje się do tego oficjalnie, to jednym z prawdopodobnych powodów, dla których ten kuriozalny projekt działał tak długo, było to, że dawał możliwość zamknięcia w jednym bezpiecznym baraku wszelkiej maści armijnych szarlatanów z dala od spraw, w których należało kierować się raczej wiedzą i rozumem. Hollywoodzki film “Człowiek, który gapił się na kozy” z 2009 roku z Clooneyem, McGregorem, Spaceyem i Bridgesem był luźną, aczkolwiek w wielu miejscach dobrze oddającą fakty, adaptacją owego szalonego epizodu z dziejów szpiegostwa. Należy tutaj dodać, że podobne programy, i to znacznie dłużej, rozwijali także Rosjanie i Chińczycy. W pewnym momencie Amerykanie byli nawet zaniepokojeni, że pozostają w kwestii “widzenia na odległość” w tyle za swoimi przeciwnikami.

W tamtych czasach wróg był przynajmniej porządnym gościem

Skoro mowa o wywiadzie radzieckim, to warto wspomnieć jeden z najbardziej spektakularnych ich sukcesów. Nie był on efektem pracy żadnego jasnowidza, lecz pewnego matematyka i wynalazcy z duszą artysty. Dla wielu, urządzenie które stworzył, miało jednak w sobie więcej z magii, niż z nauki. Zresztą nikt nie wiedział dobrze, jak je nazwać, więc z czasem stało się znane po prostu jako “Rzecz”. Człowiekiem, który je zaprojektował był Lew Termen – znany jako twórca pionierskiego muzycznego instrumentu elektronicznego, czyli theremina (prototyp powstał w 1920 roku). Theremin nie tylko wyglądał dziwnie (nie miał klawiszy, ani strun, a jedynie dwie anteny i trochę kabli), ale także niecodzienny był sposób gry na nim (ruch ręką w powietrzu pomiędzy antenami powodował zmianę wysokości i siły dźwięku), nie mówiąc już o niespotykanym jak na owe czasy brzmieniu (wysokim i jednorodnym, niepodobnym do brzmienia jakichkolwiek tradycyjnych instrumentów). Theremin brzmiał futurystycznie, słodko i groźnie zarazem. Nic dziwnego, że słychać go w ścieżkach dźwiękowych kilkuset filmów science fiction z lat 50, a jeszcze w 2000 roku niejaki Alexander Zaitsev skomponował “I Koncert na theremin dla obcych”, który miał być nadawany przez ziemskie radioteleskopy w kierunku najbliższych gwiazd pozasłonecznych.

Sam Termen zyskał dzięki swojemu wynlazkowi międzynarodową sławę, wyjechał na tournée po Europie zachodniej i Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził niemal całą dekadę lat 30. Aż pewnej nocy nieoczekiwanie zniknął. Słuch o nim zaginął. I dopiero dzięki gorbaczowowskiej glasnostii lat 80 można było się dowiedzieć, jaki los naprawdę spotkał tego nietuzinkowego wynalazcę. Po powrocie (ponoć dobrowolnym) do Związku Radzieckiego udało mu się uniknąć wywózki do gułagu i rozstrzelania (trafił akurat na najgorętszy okres stalinowskich czystek), ale ceną było całkowite zniknięcie z publicznego życia. Znajomych Termena, którym wydawało się, że go rozpoznali na ulicy, informowano, że dla dobra ich samych i ich rodzin, powinni natychmiast zapomnieć, że go widzieli. Albowiem nie tylko projekty, w które zaangażowany był uczony były tajne. Samo jego istnienie było najściślejszą państwową tajemnicą.

Rezultatem jego pracy dla wywiadu była właśnie “Rzecz” – jedno z najsprytniejszych urządzeń podsłuchowych, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Ukryte było w drewnianym godle państwowym, które amerykańskiemu ambasadorowi Averellowi Harrimanowi podarowały rosyjskie dzieci w 1946 roku. Półmetrowej średnicy godło zdobiło rezydencję ambasadora aż do 1952 roku, kiedy to angielscy specjaliści od podsłuchu przez przypadek odkryli, co kryje się w jego wnętrzu: niewielki mikrofon i nadajnik rozmiarów małej monety, z anteną wielkości ołówka. Urządzenia nie wykryło prześwietlenie rentgenowskie (było doskonale wpasowane w kształt godła), ani pomiar pola elektromagnetycznego w jego okolicy. Powód był prosty (i tu tkwił geniusz Termena): “Rzecz” nie była podłączona do żadnego źródła zasilania, nie posiadała baterii, ani nie wysyłała sama z siebie sygnału. Urządzenie działało tylko, gdy wycelowało się w nie (na przykład z sąsiedniego budynku) wiązkę fal radiowych o bardzo wysokiej częstotliwości. Fale pobudzały nadajnik i wracały do źródła, ale zniekształcone przez sygnał z mikrofonu. Na koniec wystarczyło odfiltrować jednostajny szum fal z nadajnika i otrzymywało się czysty dźwięk podsłuchany w rezydencji niczego nieświadomego ambasadora.

Amerykański ambasador przy ONZ, Henry Cabot Lodge podczas prezentacji
Amerykański ambasador przy ONZ, Henry Cabot Lodge podczas prezentacji „Rzeczy” w 1960 r.

Czasy zimnej wojny mało kto wspomina z nostalgią. Wyjątek stanowią tu jedynie znawcy technik wywiadu. Phillip Knightley, angielski historyk badający dzieje dwudziestowiecznego szpiegostwa mówi: “w tamtych czasach, wróg był przynajmniej względnie porządnym gościem. Dziś postrzega się go jako wyjętego spod prawa, zdradzieckiego islamistę”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s